Press "Enter" to skip to content

Upiory przychodzą nocą (część ostatnia) – „Zdemoralizowani” wojną…



Wuja Filek poszedł do bandy i rabował gospodarzy. Przystawiał ludziom pistolet do głowy i wszystko musieli nam oddawać – śmiał się w rozmowie ze mną 50 – letni mieszkaniec gminy Grodzisk Wielkopolski, jakby historia jego rodziny była powodem do dumy.

Rzeczywiście nazwisko jego wujka – Teofila W. przewija się w tematyce podziemia antykomunistycznego na naszym terenie. Przyłączał się i odłączał, w zależności od własnego interesu. On nie był w AK, on był w bandzie „UPA” – tłumaczył dość pokrętnie znajomy. Ale problemem bandytyzmu przesiąknięte było nie tylko podziemie…

Dyskusja wokół tego co działo się po wojnie, toczy się w Polsce na dwóch, przeciwległych biegunach. Z jednej strony „zwolennicy” podziemia antykomunistycznego, opiewają jego czyny i demonizują siły „bezpieczeństwa”, z drugiej – ich przeciwnicy, dla których każdy niemal żołnierz „wyklęty” był pospolitym „bandytą”, a funkcjonariusze sił „bezpieczeństwa” – „dzielnie walczyli o utrzymanie porządku”. W ogóle (lub bardzo rzadko) nie uwzględnia się realiów tamtych lat, ani charakteru powojennej walki.

A te bez wątpienia nie należały do łatwych. Rosnąca decentralizacja podziemia, brak wsparcia z zachodu, taktyka walki partyzanckiej i zwalczania jej, powojenna bieda, a przede wszystkim aspekt psychologiczny, związany z II wojną światową (pojęcie życia ludzkiego na zawsze zostało „zdeformowane”, ludzie widzieli rzeczy potworne – egzekucje, pogromy, wywózki, sami często lub ich najbliżsi, padali ofiarami różnych represji), sprawiły, że ciężko z dzisiejszej perspektywy oceniać motywacje kierujące poszczególnymi ludźmi, którejkolwiek ze stron. Z pewnością w obu nie brakowało ludzi „ideowych”, niemniej ocenianie tych wydarzeń na zasadzie walki „dobra” ze „złem” jest błędem…

Bo w szeregach zarówno podziemia, jak i sił „bezpieczeństwa” – „zło” też miało swoje miejsce. W oddziale „AK – Rycerz”, zorganizowanym poniekąd na typ „wojskowy”, zdarzały się prymitywne kradzieże. O ile napady na gorzelnie, majątki, składy kolonialne czy spółdzielnie można uznać w jakimś sensie za „zaopatrywanie się” celem późniejszej współpracy z ludnością cywilną, o tyle niektóre „występki” nie mieszczą się w ramach żadnych norm moralnych.

Z pewnością wpływ na to miało „rozbicie” w trakcie akcji zaopatrzeniowych na mniejsze grupy, które z jednej strony służyło szybkiemu zaopatrzeniu się w danej miejscowości i umożliwiało partyzantom zniknięcie w leśnych ostępach, z drugiej – nie zawsze pozwalało dowództwu kontrolować wyczyny poszczególnych osób. Jak można nazwać inaczej, jak kradzież, to co wydarzyło się w nocy z 8 na 9 maja 1946 r w Albertowsku (wówczas pow. nowotomyski) w mieszkaniu niejakiego Kaczmarka, gdzie po jednej z takich „rewizji” w poszukiwaniu legitymacji PPR, zginęły dwie złote bransolety.

Takich przypadków było niestety więcej. Co prawda po przejęciu w drugiej połowie maja 1946 r  dowództwa przez Czesława Lecińskiego „Szefa Czesia”, ten próbował zapanować nad problemem, wymagając od podkomendnych pokwitowań na zabrane rzeczy od cywilów, ale i tak problem nie zniknął. Potwierdzał to choćby w rozmowie ze mną pan Stanisław Biały, który latem i wczesną jesienią 1946 r był w partyzantce. I jego zdaniem nie brakowało osób, które „swoim zachowaniem szkodziły oddziałowi”.

Ale morale były niskie także w oddziałach sił „bezpieczeństwa”. Raporty z tego okresu również nie pozostawiają złudzeń. Dla przykładu żołnierze KBW z plutonu operacyjnego we Wolsztynie pod dowództwem por. Połuczańskiego w czasie rewizji mieszkań po potyczce w Blinku (wówczas pow. wolsztyński) w maju 1946 r, nie tylko wykazywali się brutalnością względem cywilów, ale dokonali kilku kradzieży. Zabrano m.in. pieniądze, rowery, dokumenty, itp.

Akordeon, skradziony z jednego z domostw, został zwrócony dopiero po interwencji referenta UB we Wolsztynie – sierż. Skorupińskiego. Z kolei dla przykładu ubeków i milicjantów z Wolsztyna w trakcie obławy na oddział „Szefa Czesia” w północnym kanale Obry z końca lipca 1946 r, przeprowadzony wspólnie z siłami  KBW z Kościana i UB z Leszna, bardziej od ścigania „bandytów” miały interesować pozostawione przez nich rzeczy, zwłaszcza rowery.

Druga wojna światowa wytworzyła niespotykaną wcześniej w nowożytnej historii nienawiść między walczącymi stronami. Oznaczało to, że bezkarnie można krzywdzić osoby sprzyjające przeciwnikowi – okradać, bić, a nawet zgwałcić lub zamordować. W powojennej Polsce ten schemat brutalności stosowało zarówno podziemie, jak i siły „bezpieczeństwa”. W związku z narastającymi napięciami między władzami, a opozycją nabrał on charakteru poniekąd „politycznego”.

 Na naszym terenie aż tak traumatyczne wydarzenia jak we wschodniej części kraju nie miały miejsca, ale i tu przemoc była „argumentem” obu stron. W nocy z 2 na 3 kwietnia 1946 r partyzanci z oddziału „AK – Rycerz” brutalnie pobili sekretarza PPR w Kąkolewie, k. Grodziska Wielkopolskiego niejakiego Krygiera. Zabrano mu pieniądze oraz dokumenty, a także zakazano działalności partyjnej. 14 maja 1946 r do nieprzytomności został skatowany we własnym domu sekretarz PPR w Ruchocicach, wówczas pow. wolsztyński – Stefan Matuszewski, który wywierał wpływ na mieszkańców, aby należeli do partii. Przy okazji „leśni” ranili także jego sąsiada – Drzymałę.

Także pod koniec maja 1946 r, w lesie okolicach Urbanowa, pow. nowotomyski, zatrzymano Baranowskiego, ówczesnego referenta UB w Grodzisku Wielkopolskim, którego przez kilka godzin bito i ostatecznie wymuszono sporządzenie listy konfidentów UB z okolic Grodziska. W nocy z 14 na 15 lipca 1946 r partyzanci sterroryzowali rodzinę Finc w Czarnej Wsi, wówczas pow. nowotomyski, gdyż przypuszczali, że u nich może ukrywać się agent „bezpieki”.

Raporty „bezpieki” rzecz jasna pomijają przemoc stosowaną przez śledczych w trakcie przesłuchań wobec zatrzymanych. Niemniej niekiedy i te metody budziły pewien sprzeciw, zwłaszcza w szeregach wyżej wykwalifikowanej kadry WUBP w Poznaniu. W „Raporcie sprawozdawczym z wyjazdu do Wolsztyna” z 16 maja 1946 r funkcjonariusz WUBP w Poznaniu był wyraźnie zniesmaczony metodami, jakimi miano przesłuchiwać zatrzymanych po potyczce w Blinku. Raport donosił m.in., że: „… śledztwo było przeprowadzone systemem bicia w twarz oraz harapem (biczem – przyp. autora), który odebrałem z rąk por. Pułoczańskiego. (…) W czasie przeprowadzenia śledztwa zatrzymanych w dniu 11.5.46 r dowiedziałem się, że przy zatrzymaniu każdy z nich był bity, rewidowany przez żołnierzy grupy operacyjnej…”.

Co ciekawe dzięki tym raportom z funkcji dowódcy plutonu operacyjnego KBW we Wolsztynie został zwolniony por. Pułoczański. Brutalność metod śledczych potwierdzają też sprawy rehabilitacyjne. W dokumencie z 20 maja 2007 r czytamy  m.in., że funkcjonariusze UB z Wolsztyna stosowali podczas zatrzymań m.in.: bicie po całym ciele, kolbą karabinu po plecach i głowie, a w trakcie wielogodzinnych przesłuchań: bicie po nerkach, brzuchu oraz bardziej „wymyślne” – przewiercanie kolan, kostek i nóg ręczną wiertarką, sadzanie na nodze odwróconego krzesła, etc.

Największym problemem jednych i drugich były osoby, które wstępowały, by później zdezerterować i dokonywać napadów. Podziemie, znajdujące się w niewątpliwie trudniejszej sytuacji, miało większy problem z dezerterami niż siły „bezpieczeństwa”. Ponadto podjęta taktyka walki partyzanckiej powodowała, że po rozproszeniu oddziału, część członków pozostawała bez kontaktu z nim niekiedy przez kilka dni. Aby przeżyć często i oni dokonywali napadów. Raporty pełne są informacji, o kilkuosobowych grupach, które dokonywały rabunków. Dla przykładu, 11 maja 1946 r trzech dezerterów z oddziału „AK – Rycerz” napadło na mieszkanie Kaczmarka w Albertowsku, wówczas pow. nowotomyski, zabierając żywność, 80 000 zł gotówki, garderobę i biżuterię…

Przemoc i strach stały się poniekąd częścią powojennych czasów. Bandy rabunkowe, ale także zarówno podziemie, jak i siły „bezpieczeństwa” były przesiąknięte stosowanym terrorem nie tylko wobec politycznych przeciwników, ale i zwykłych cywilów. Realia II wojny światowej były w tym okresie cały czas żywe, a pojęcie ludzkiego życia zmieniło swój sens. Dla pokolenia „zdemoralizowanego” i naznaczonego wojną…  

Arkadiusz Marek

Źródła: materiały archiwalne IPN; A. Marek, (Nie)zwykli – historie ostatnich uczestników i świadków II wojny światowej. Ocalić od zapomnienia, s. 8; Sygn. akt. S 13/05/ZK, Instytut Pamięci Narodowej – Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, delegatura w Gorzowie Wlkp, Postanowienie o umorzeniu śledztwa, dn. 29.05.2007 r;

4.3 3 głosów
Ocena artykułu
Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Odnieś się w tym miejscu
Pokaz wszystkie komentarze