Automobiliści po „dreszczyk” do klasztoru, czyli dawnych rajdów czar.

wycieczka do Woźnik

Punktualnie o 14,15 ruszyła komandorska Tatra inż. Duszyńskiego, a za nią rozwinął się sznur 17 klubowych maszyn. …kawalkada minęła pusty, niedzielną małomiasteczkową nudą owinięty rynek w Stęszewie. Po dalszych 45 minutach jazdy po doskonałej – przeważnie – szosie trzeba było zboczyć z głównego szlaku i zjechać na polną, w stu procentach „polską” drogę boczną do Woźnik. Tu zaczęły dziać się dziwne rzeczy…   – donosi reporter tygodnika Samochód, w numerze 25 z marca 1930 roku.

            Artykuł opisuje marcową wycieczkę z Poznania Automobilklubu Wielkopolskiego do niszczejącego klasztoru w Woźnikach. Rajd okazał się pełen przygód, gdyż na owej „polskiej” drodze większość aut ugrzęzła w błocie i śniegu. Tylko takie cuda techniki jak „sękate drągi”, pomogły wyrwać się z błotnej pułapki „smukłe Fordy” czy „limuzynę Fiata”, która utopiła nawet rejestrację.

klasztor Woźniki pierwsza połowa XX wieku

Dreszczyk nie tylko dla pań

            Po zaparkowaniu w błocie, stu automobilistów udało się do opuszczonego kościoła „pojezuickiego”. Reporter, choć nie wie, że zabudowania są po kasacie zakonu franciszkanów, dokładnie opisuje butwiejące dywany i obrusy na ołtarzu po mszy sprzed roku. Przedstawia czytelnikom pękniętą nawę i porzucone „aparaty kościelne”. Dywaguje, czy za „skutki dalekoidącego zaniedbania” nie pociągnąć do odpowiedzialności właściciela hrabiego Mielżyńskiego?

            Pomimo bałaganu, atrakcją okazały się podziemia klasztoru. Wchodzącym po krętych schodkami oczy powoli przyzwyczajały się do ciemności, gdzie…

Suche powietrze, przesycone delikatnym pyłem, panujące w podziemiu, znakomicie zakonserwowało złożone tam zwłoki. Całe towarzystwo, szczególni panie, z dużym zainteresowaniem i skrzętnie ukrywanym dreszczykiem przyglądało się resztkom zmarłych… „

Gdy automobile poczuły stajnię…

Podróż powrotna do Poznania obfitowała nie mniej dramatyczne przygody. Najpierw mróz zaczął szczypać podróżnych, a auta raźno jechały, gdyż poczuły „stajnie”. Ale już na rogatkach awaria dętki Tatry o mało nie spowodowała potwornej kolizji z nadjeżdżającą „długą Lancią”. Tylko dzięki wytrawnemu automobiliście p. Głowińskiemu uniknięto kolizji, gdy zastopował auto na ścianie budynki, przejeżdżając  na chodnik. Wydaje się, ze duchu klasztornych podziemi do końca próbowały dać nauczkę za naruszony spokój. Jednak w towarzystwie zielonych proporczyków kawalkada zajechała przed siedzibę klubu na ul. Kantaka. Zmęczone towarzystwo pokrzepiało się pączkami i gorąca herbatą, „tankując” również w klubowym bufecie.

Andrzej M. Mańkowski

0 0 głosuj
Ocena artykułu

Wybrane dla Ciebie

Opublikował: Andrzej Mańkowski

Subskrybuj
Powiadom o
guest
1 Komentarz
Najstarsze
Najnowsze Najlepiej oceniane
Inline Feedbacks
Pokaz wszystkie komentarze
reduta złego imienia
reduta złego imienia
3 miesięcy temu

28 czerwca 2020 spotkamy się przy urnach i zdecydujemy czy chcemy, aby Polską rządzili ci lub tamci.

1
0
Co o tym myślisz? Prosimy o komentarz.x
()
x